II liga: Arka Gdynia u siebie niepokonana

October 16th, 2007

Polonia Warszawa podczas poniedziałkowego spotkania w Gdyni nie zdołała awansować na pozycję lidera w tabeli. Szyki czarnym koszulom pokrzyżowali żółto-niebiescy, którzy wygrywając 2:0 przerwali złą passę dwóch bezbramkowych spotkań. Arka po tym meczu wskoczyła na 6. miejsce w tabeli.

Kibice oczekiwali wyrównanego i stojącego na wysokim poziomie widowiska, i nie zawiedli się. Od samego początku obie drużyny raz po raz atakowały bramkę rywali. Wreszcie w Gdyni pojawiła się drużyna, która była w stanie nawiązać równorzędną walkę z piłkarzami Arki, ale patrząc na nazwiska w jedenastce rywali było pewne, że emocji nie zabraknie. Na brak wrażeń nie mógł narzekać będący na stadionie w Gdyni Dariusz Wdowczyk.

Zabrakło szczęścia i zimnej krwi

Pierwszą groźna akcję już w 2. minucie przeprowadzili arkowcy. Z lewej strony dośrodkowywał Marcin Wachowicz, do piłki dopadł Bartosz Karwan i minimalnie chybił, uderzając obok słupka. Polonia przez kilka następnych minut starała się zatrzymać dobrze grającą Arkę. Szybkiego tempa meczu już na samym początku nie wytrzymał kontuzjowany Jacek Kosmalski, którego zmienił Radosława Gilewicz. W
11. minucie doskonałej sytuacji nie wykorzystał Michał Łabędzki, którego strzał głową po dośrodkowaniu Tomasza Sokołowskiego wylądował tuż obok słupka. Chwilę później fatalnie zachował się sędzia liniowy, który niesłusznie odgwizdał Polonii spalonego. Krzysztof Sobieraj tak nieszczęśliwie wybił głową piłkę, że ta wylądowała pod nogami Gilewicza, który przed sobą miał już tylko bramkarza. Niezrozumiała decyzja sędziego spotkania przerwała dobrze zapowiadającą się akcję przyjezdnych.

Arka jeszcze dwa razy zagroziła bramce Radosława Majdana mocnymi strzałami zza linii pola karnego. W 27. minucie tuż nad poprzeczką uderzał Łabędzki, a w 34 Olgierd Moskalewicz. Jednak najgroźniejszą sytuację w pierwszej połowie stworzyła Polonia. W 39. minucie po jednej z kontr silnym uderzeniem popisał się Krzysztof Bąk, którego strzał skutecznie sparował Andrzej Bledzewski. Futbolówka trafiła pod nogi niepilnowanego Daniela Mąki, który zamiast uderzać z pierwszej piłki na niemal pustą bramkę gospodarzy, przyjął piłkę dając szansę “Bledzy” na jeszcze jedną fantastyczną interwencję.
Czarne koszule mogły pójść z bramką na koncie do szatni, jednak zabrakło szczęścia i zimnej krwi napastnikowi Polonii.

Dwie bramki w dziesięć minut

Druga połowa rozpoczęła się od huraganowych ataków Arki. Już w drugiej minucie akcja Wachowicza i Nicińskiego mogła skończyć się bramką. Strzał popularnego “Nitka” na linii bramki wybił głową obrońca gości Jacek Moryc. Pięć minut później Niciński został sfaulowany w polu karnym przez Bąka i sędzia Erwin Paterek nie miał wątpliwości. Kontrowersyjną jedenastkę na bramkę zamienił Olgierd Moskalewicz. Nie podłamało to Polonii, która w 56. minucie przeprowadziła groźną kontrę, zakończoną strzałem Mąki z ostrego kąta. Bledzewski był dziś jednak nie do pokonania.

O ile pierwsza bramka nie osłabiła ofensywnej siły Polonii, to utrata drugiego gola wyraźnie odbiła się na atakach gości. W 63. minucie z odległości 16 metrów uderzył Niciński, na tyle mocno i celnie, że piłka po interwencji Majdana wylądowała pod poprzeczką. Jak się okazało była to 800. bramka w historii klubu ulubieńca gdyńskiej publiczności. Pięć minut później sędzia odgwizdał kolejnego karnego, tym razem dla gości. Po stracie piłki przez Pawła Weinara w środku pola, na czystą pozycję wybiegł Gilewicz. W obrębie pola karnego został sfaulowany przez Sobieraja,
sędzia podyktował rzut karny. Sam poszkodowany postanowił wymierzyć sprawiedliwość, ale fatalnie przestrzelił bramkę. To był przełomowy moment spotkania, bo niewykorzystana jedenastka zupełnie podcięła skrzydła zespołowi z Warszawy.

Piłkarze Arki coraz odważniej atakowali bramkę Polonii. W 76. minucie w poprzeczkę trafił Wachowicz, próbując przelobować Majdana. W 82. minucie kibice Arki najedli się strachu, gdy Sobieraj długo nie podnosił się z murawy po faulu rywala. Arka miała w tym momencie przeprowadzone trzy zmiany, a kontuzja defensora żółto-niebieskich zmusiłaby gospodarzy do gry w osłabieniu przez ponad 10 minut. Jak na ironię, Sobieraj dokończył spotkanie, a to goście grali pod koniec w dziesiątkę. Żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartkę za niesportowe zachowanie zobaczył Bąk. Po dyskusji z sędzią na trybuny odesłany został również trener czarnych koszul Waldemar Fornalik. Po tych niesportowych emocjach szansę na podwyższenie rezultatu miał duet Wróblewski i Niciński, ale wynik nie uległ zmianie.

Do lidera trzy punkty

Po tym spotkaniu Arka nie straciła kontaktu z czołówką, zbliżając się do lidera na trzy punkty i awansując na 6. pozycję. Teraz trwają przygotowania do meczu z rozbitym przez Śląsk Motorem (10:1), a 3 listopada czeka nas kolejny pojedynek derbowy z Lechią Gdańsk. Dla Polonii był to koniec dobrej serii dwóch zwycięstw z rzędu i podtrzymanie fatalnej passy czterech spotkań bez punktów na wyjeździe. Polonia przegrała wszystkie cztery wyjazdowe spotkania, każde z nich z wynikiem 0:2. Piłkarzom ze stolicy nie udało się wywalczyć pozycji lidera tabeli drugiej ligi. Kolejna taka okazja może się szybko nie powtórzyć, drużynę z Warszawy czekają dwa trudne wyjazdy do Gliwic i Płocka.

Autor artykułu: Daniel Kur

Z Łodzi do Warszawy szybciej i wygodniej

October 4th, 2007

Remont trasy Łódź – Warszawa trwa nieprzerwanie od półtora roku. Po modernizacji całej trasy czas przejazdu do i ze stolicy, ma skrócić się do 65 minut. Tymczasem od jutra w związku z wymianą torów, PKP wprowadza kolejne zmiany.

Superpociąg z Łodzi do Warszawy stanął w szczerym polu Codziennie trasą z Łodzi do Warszawy (138 km – przyp. red.) podróżuje tysiące pasażerów. Jeszcze 5 lat temu podroż ta trwała niecałe dwie godziny. Już w połowie 2005 roku czas podroży zwiększył się do ponad trzech godzin.

Od półtora roku dzięki środkom unijnym trwa szeroko zakrojona modernizacja tej trasy. Prócz wymiany torów i infrastruktury technicznej, wszystkie stacje zostaną zmodernizowane w takie sposób, aby łatwiej wsiadało się do zakupionych nowoczesnych pociągów Actus.

Od jutra kolejne zmiany

Od jutra w związku z kolejnym etapem robót zmieni się ponownie rozkład pociągów do stolicy. Jednak ku uciesze pasażerów zmiany, które wprowadza PKP będą dla nich korzystne. Przede wszystkim większość składów pospiesznych nie będzie się zatrzymywać na mniejszych stacjach (m.in. Płyćwa czy Lipce Reymontowskie). Pozwoli to skrócić czas przejazdu nawet do 21 minut.

Ale skrócenie czasu przejazdu to nie jedyna niespodzianka jaką przygotowała kolej. Na trasę zostaną skierowane dwa dodatkowe nowoczesne pociągi, przez co liczba ich kursów zostanie zwiększona aż do sześciu. Z Łodzi Fabrycznej będą one wyjeżdżać o 8.22 i 16.36 (codziennie) oraz o 13.52 (od poniedziałku do piątku). Z Warszawy Centralnej odjazdy o: 13.20 (codziennie), 18.20 i 21.20 (bez sobót i niedziel), a także o 19.47 (sobota i niedziela).

Wszystkie prace zakończyć się mają w 2012 roku. Wtedy też pociągi do Warszawy kursować będą z prędkością 160 km/h.

Autor artykułu: Daniel Siwak

Legia Warszawa – Borrusia Dortmund 2:2

October 3rd, 2007

W towarzyskim spotkaniu Legii z Borrusią padł remis – 2:2. Mecz obejrzało zaledwie 2.607 widzów.

Na Łazienkowskiej pojawiła się wielka drużyna – Borrusia Dortmund. Ten zespół przed dziesięcioma laty górował w Lidze Mistrzów. Dzisiaj forma nie jest już taka, jak przed laty, ale marka niemieckiego zespołu pozostała.

Pozornie takie spotkanie powinno wywołać wiele emocji, ale okazało się, że na “Estadio WP” obejrzało nieco ponad 2.500 osób.

Mecz rozpoczął się 15 minut później z powodów komunikacyjnych piłkarzy z Dortmundu.

Trenerzy wystawili następujących piłkarzy:

Legia: 1. Wojciech Skaba (77 min., 12. Maciej Gostomski) – 21. Wojciech Wocial (77 min., 25. Jakub Rzeźniczak), 3. Wojciech Szala KPT (77 min., 26. Iñaki Astiz), 5. Błażej Augustyn, 24. Jakub Wawrzyniak (68 min., 11. Tomasz Kiełbowicz) – 32. Miroslav Radović (46 min., 22. Radosław Mikołajczak), 30. Martins Ekwueme (77 min., 14. Aleksandar Vuković), 6. Roger (42 min., 9. Marcin Burkhardt), 28. Marcin Smoliński (68 min., 27. Édson) – 18. Bartłomiej Grzelak (77 min., 7. Piotr Giza), 13. Maciej Korzym (77 min., 19. Takesure Chinyama).

Trener: Jan Urban.

Borussia: 20. Marc Ziegler – 25. Mehmet Akgün (46 min., 32. Franck Patrick Njambe), 4. Christian Wörns (46 min., 3. Markus Brzenska), 21. Robert Kovac (46 min., 2. Martin Amedick), 17. Dede (46 min., 33. David Vrzogic) – 16. Jakub Błaszczykowski (46 min., 28. Sebastian Tyrała), 8. Giovanni Federico (65 min., 24. Gordon), 22. Marc Kruska, 6. Florian Kringe – 9. Nelson Valdez (17 min., 31. Nothe), 19. Diego Klimowicz (61 min., 39. Senesi).
Trener: Thomas Doll.

Spotkanie zaczęło się po myśli piłkarzy Legii Warszawa, którzy szybko zdobyli dwie bramki (strzelcem był Bartłomiej Grzelak). Legioniście potem grali bardzo poprawnie, ale bramki strzelali już tylko gracze Borrusi – konkretnie Nothe. Mecz na pewno był
dobrą formą sprawdzenia umiejętności na tle zespołu o europejskim znaczeniu. Teraz piłkarze Legii muszą się skupić przed spotkaniem z zespołem Lecha Poznań.

Legia Warszawa 2:2 Borussia Dortmund
Bartłomiej Grzelak 10, 16 – Nothe 35, 55
sędzia: Marcin Szulc (Mazowiecki ZPN).
żółte kartki: Martins Ekwueme, Aleksandar Vuković – Giovanni Federico, Marc Kruska.
widzów: 2.607.

Autor artykułu: Adam Krasowicz

Patologiczna reklama i problem przestrzeni

October 3rd, 2007

W centrum Warszawy na biurowcu przy ulicy Zielnej 37 (przy stacji Metra Świętokrzyska) wisi obrzydliwa reklama. Pod względem estetycznym wszystko wydaje się być w porządku, ale w podtekście tkwi nieznośny przekaz współczesnej propagandy.

Myślę, że przeszedłbym do porządku dziennego nad reklamą wywieszoną przy skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej (wielkoformatowe plakaty w centrum stolicy stały się niestety normą), gdybym nie zastanowił się nad jej przesłaniem.

Nasza chora logika bezwstydnie obnażona

“Zmień adres: ze Wspólnej [ulicy - przyp. JZ] na Własną” – głosi napis na budynku. Autor reklamy, za co należy mu się chyba szacunek, bardzo inteligentnie zauważył pewien instynkt, coraz to mocniej upowszechniający się wśród mieszkańców miast. Ten instynkt martwi mnie najbardziej. Chodzi o tendencje panujące na rynku mieszkaniowym i doktrynę “prywatności”. Wiemy jak wyglądają nowe osiedla w naszych miastach. Są to piękne, ogrodzone “enklawy”, można by wręcz powiedzieć “getta” dla tych szczęśliwców, których stać na nowe, własne M. Trudno jednoznacznie określić: kto jest winny? Po części deweloperzy, którzy płoty i inne symbole prywatności uznali za standard, po części klienci, którym zależy na rzekomym bezpieczeństwie i porządku na własnym podwórku. Elementy napędzające błędne koło zamkniętych osiedli.

Sami pozbawiamy siebie cennej przestrzeni publicznej

Wydaje się, że popadamy ze skrajności w skrajność. W PRL-u w założeniu wszystko miało być wspólne. I chociaż to założenie (wraz z warunkiem “wszystko”) niosło ze sobą oczywiste zagrożenia, których Polacy – niestety – musieli doświadczyć, to sama idea nie jest całkiem jałowa. Nie zamierzam w ten sposób rehabilitować ani rozliczać błędów minionej epoki, tym bardziej że z racji wieku nie mam ku temu podstaw. Stary system nauczył nas jednak swoimi wypaczeniami (pokolenie lat 90. przejęło to od swoich rodziców) pogardy dla wartości, do których dziś powinniśmy dążyć.

Jedną z takich wartości jest wspólnota, ale – jakby negując ją – obłędnie powtarza się: “własne”. Nie ma wspólnych parkingów, wspólnych podwórek, wspólnych placów zabaw dla dzieci, wspólnych boisk, nie ma wspólnej dzielnicy. W niektórych fragmentach miasta dojdzie być może niebawem do takiego absurdu jak brak wspólnych parków, wszak już dziś w grodzonych osiedlach projektuje się i buduje piękne skwery. Wszystko jest własne, a gdzie miejsce na wzajemne stosunki sąsiedzkie? Nie myślę o znanym rozróżnieniu na plusy i minusy życia w mieście lub na wsi. Mówiąc krótko: chodzi o przypomnienie sobie o tym, że człowiek potrzebuje dzielić z innymi swoją przestrzeń, gdyż jest istotą społeczną.

Co na to polityka społeczna?

Prywatyzację przestrzeni publicznej można z pewnością uznać za jeden z problemów społecznych, ponieważ bez wątpienia proces ten powoduje sporo zaburzeń w życiu publicznym. Jest to też sprawa dotykająca coraz większą liczbę ludności. Aby rozjaśnić tę kwestię i poddać ją obiektywnej ocenie poprosiłem o opinię mgr Małgorzatę Ołdak z Instytutu Polityki Społecznej UW:

Jakie problemy stwarza zamykanie przestrzeni miejskiej w strzeżonych, prywatnych terenach – przede wszystkim grodzonych osiedlach, a co za tym idzie ograniczanie przestrzeni publicznej?
- Po pierwsze dochodzi do ograniczenia przestrzeni publicznej. Dzielenie wspólnej przestrzeni powoduje, że miasto przestaje stanowić integralną całość, co może powodować różnego rodzaju problemy, w tym m.in. problemy społeczne. Możemy mówić nie tylko o izolacji przestrzennej, ale również o izolacji społecznej osób żyjących poza tzw. gated communities. Z jednej strony możliwość naocznego obserwowania efektów różnić dochodowych, rozwarstwienia społecznego, może u nich powodować wzrost agresji, frustracji, z drugiej oddzielenie mniej zaradnych, uboższych mieszkańców od przedstawicieli innej klasy społecznej, od których mogli by przejąć pozytywne wzorce kulturowe oraz słabe możliwości wspólnego działania w ramach danej społeczności może ograniczać ich szanse na poprawienie swoich warunków ekonomicznych i spowodować utrwalanie się tzw. kultury ubóstwa.
Zamykanie przestrzeni miejskiej powoduje również szereg problemów czysto praktycznych, na przykład utrudnia poruszanie się w obrębie danego terytorium, co jest szczególnie uciążliwe dla osób starszych czy mniej sprawnych, utrudnia dojazd służb ratunkowych.

Czy w prywatyzacji przestrzeni miejskiej można widzieć zagrożenie dla ludności żyjącej w miastach? Budowanie “miejskich sypialni” dla tzw. klasy metropolitalnej i w konsekwencji jeszcze większe zubożenie lokalnych społeczności, a także zamykanie osiedli i budowę prywatnych kompleksów handlowych.
- Na pewno utrwalają podziały, w pewnym sensie można też mówić o zagrożeniu dla rozwoju społeczeństwa obywatelskiego, poprzez izolację różnych grup społecznych zamieszkujących dane terytorium. Z kolei brak społecznie odpowiedzialnego terytorium (a co za tym idzie brak wspólnej chęci działania członków lokalnej społeczności) może utrudniać rozwiązywanie problemów społecznych w sposób oddolny (community based solution). Z jednej strony w tym kontekście możemy mówić o ograniczaniu wolności, praw obywatelskich osób żyjących poza strzeżonymi osiedlami, może nawet o dyskryminacji ekonomicznej, z drugiej jednak zakazanie tego typu zabudowy oznaczałoby ingerowanie w wolność osób, które na to stać i mają na to ochotę.

Jak scharakteryzować te osoby? Czy należy je utożsamiać z klasą metropolitalną?
- Wg prof. Bohdana Jałowieckiego przedstawicielami klasy metropolitalnej są ludzie młodzi, przeważnie nie posiadający jeszcze dzieci, dobrze wykształceni i dobrze zarabiający, a więc ludzie, dla których mieszkanie jest przede wszystkim sypialnią, gdyż swój czas dzielą między pracę i rozrywkę, w obu przypadkach zazwyczaj w centrum miasta, a więc poza obrębem osiedla. Nie zależy im na nawiązywaniu bliższych relacji z sąsiadami, nie czują potrzeby bycia członkiem lokalnej społeczności. Badania na temat poziomu identyfikacji z miejscem zamieszkania mieszkańców Warszawy (przeprowadzone przez ISS UW i WP UW – 2001 r.) pokazały, że najniższy poziom identyfikacji z miejscem mają właśnie mieszkańcy strzeżonych osiedli, najwyższy zaś osoby mieszkające w zabudowie jednorodzinnej.

Czy istnieje racjonalne rozwiązanie?

Jeśli założymy, że przywiązanie do miejsca, w którym się mieszka, jest miarą komfortu życia w mieście, można rzeczywiście zmartwić się tym, jak wyglądają obecne trendy na rynku mieszkaniowym, ale myśląc rzeczowo: czy da się coś z tym zrobić?
Jak mówi Małgorzata Ołdak, trudno jest mówić o problemie „ludności żyjącej w miastach”, skoro to na jej życzenie powstają strzeżone osiedla. – Jednak odpowiedź na pytania czy rzeczywiście „zamknięte getta” spełnią wszystkie ich (ludności miejskiej – przyp. JZ) oczekiwania i jakie będą społeczno-ekonomiczne konsekwencje dzielenia przestrzeni w dłuższej perspektywie czasowej, powinny stać się przedmiotem analizy naukowej. (…)Dopóki ludzie będą chcieli mieszkać w zamkniętych osiedlach, będą one powstawać; na to nie mamy zbyt dużego wpływu, na pewno warto by się było poważnie zastanowić nad ich usytuowaniem i właściwym wkomponowaniem w politykę miejską, by w jak najmniejszym stopniu ograniczały możliwość korzystania ze wspólnej przestrzeni – podsumowuje Małgorzata Ołdak.

Czy można walczyć z hierarchią wartości?

Oczywiście w naszym kraju mamy wolność przekonań. Nie znaczy to wszakże, że powinniśmy pozostawać obojętni na poglądy, które są według nas szkodliwe dla życia publicznego. Na koniec, wychodząc od tej oczywistej prawdy, skrytykować chciałbym pewien dyktat myślowy, który coraz częściej wkrada się w nasze schematy rozumowania. Mianowicie: tego, co mówi się na forum i co jest podzielane przez większość, nie powinno się krytykować. Współczesne forum nosi jednak tak wiele mitów jak wierzenia starożytnych Greków. Czyżbyśmy nie mieli prawa do prób zmieniania mentalności własnego otoczenia? Jest to, jak się zdaje, ostatnia metoda walki z opisaną przeze mnie patologią.

Autor artykułu: Jan Piotr Ziółkowski

PSL też chciałoby mieć swoją, wyborczą bombę

September 20th, 2007

Lider PSL, Waldemar Pawlak na łamach swojego bloga zapowiedział ogromną niespodziankę podczas piątkowej prezentacji warszawskiego kandydata Polskiego Stronnictwa Ludowego.

Lider ludowców dodał również, iż niemal wszystkie listy wyborcze PSL są gotowe, jedynie “do poprawy czy korekty pozostały trzy listy – lubuska, podlaska i okręg gdyńsko-słupski”. Podkreślił że nadchodząca kampania będzie bardzo wyczerpująca. Można jedynie spekulować, czy z warszawskiej listy PSL wystartuje Maciej Płażyński lub Nelly Rokita. Oboje deklarowali chęć startu w wyborach i przyznali, iż otrzymali propozycje z PiS oraz PSL.

Bliższa startu z listy PSL jest żona Jana Rokity, Nelly, która w wywiadzie, udzielnym “Dziennikowi”, przyznała że najchętniej widziałaby się na listach PSL. Jednak Waldemar Pawlak był zaskoczony wypowiedzą Pani Rokity, twierdząc iż “żadne fakty na razie nie zaszły”.

Przed dwoma tygodniami prowadzone były również rozmowy pomiędzy PSL a Prawicą Rzeczpospolitej w celu ustalenia wspólnych list wyborczych dla tych partii. Działacze Prawicy RP mieli dostać wysokie pozycje na listach ludowców w większych miastach. Marek Jurek miał ponoć wystartować w Warszawie. Mimo potwierdzenia tych informacji przez liderów obu partii, ostatecznie jednak nie doszło do porozumienia a Prawica RP weszła w skład Ligi Prawicy Rzeczpospolitej. Czy jednak możemy się spodziewać powrotu do rozmów Marka Jurka z PSL?

Blog Waldemara Pawlaka

Autor artykułu: Agnieszka Cichocka

Twarze kampanii w stolicy

September 20th, 2007

Wybory tuż tuż. Większość partii politycznych ma już ustalone listy wyborcze. W stolicy, obok starcia gigantów, zmierzą się samorządowcy, byli posłowie i senatorowie, członkowie rządu.

Listy Prawa i Sprawiedliwości otworzy premier Jarosław Kaczyński, który w poprzedniej elekcji pobił krajowy rekord liczby głosów. Czy będzie w stanie powtórzyć ten wyczyn? Wysoce wątpliwe, ponieważ przewaga PO nad PiS-em w tym roku jest znacznie wyższa niż 4 lata temu. Drugie miejsce na liście przypadnie minister pracy – Jolancie Kluzik-Roztkowskiej, określanej mianem “pisowskiej feministki”. To ukłon partii rządzącej w stronę inteligencji, ponieważ pani minister dystansowała się niejednokrotnie od wybryków koalicjantów PiS-u – Ligi i Samoobrony – czym na pewno zyskała sobie sympatie centrowych wyborców.

Zabraknie szefa CBA, Mariusza Kamińskiego, który w poprzednich wyborach startował z drugiego miejsca. Na trójkę może liczyć wiceminister Macierewicz – znany lustrator, bywalec Radia Maryja i lider kanapowego Ruchu Patriotycznego – to ukłon PIS-u w kierunku wyborców prawicy narodowej i tradycjonalistycznej.

Wysokie miejsce na liście otrzyma z pewnością Karol Karski – świeżo mianowany wicemister spraw zagranicznych i wieloletni warszawski samorządowiec. Jako osoba dobrze kojarzona w stolicy może liczyć na przyzwoity wynik i reelekcję. Pewne miejsce ma też Marek Makuch – młody lider PiS-u w warszawskiej radzie miasta, który zasłynął krytyką Hanny Gronkiewicz-Waltz.

Równie ciekawie zapowiadają się listy Platformy Obywatelskiej. Desant z Gdańska, w celu pokonania premiera zapowiedział sam Donald Tusk, który wystartuje z “jedynki”. Pewniakiem na liście jest szefowa warszawskich struktur PO – Małgorzata Kidawa-Błońska i radny Marcin Kierwiński. Na listach znajdzie się także zapewne przedstawiciel Forum Liberalnego – czy będzie to Artur Buczyński, który osiągnął świetny wynik w wyborach samorządowych, czas pokaże. Do Sejmu nie wybiera się Paweł Śpiewak – profesor socjologii jest zmęczony krajową polityką. Julia Pitera – jeden z najbardziej znanych lokalnych polityków też nie wystartuje raczej w Warszawie – ma “pociągnąć” listy w którymś z okręgów, gdzie Platforma jest słabsza.

Lista Lewicy i Demokratów będzie pełna politycznych gwiazd pierwszego formatu. Otworzy je Marek Borowski, lider SDPL-u, były marszałek Sejmu i minister finansów. “Dwójką” będzie ciągle brylujący w mediach, mecenas Ryszard Kalisz – jedna z barwniejszych postaci w Sojuszu Lewicy Demokratycznej, “trójkę” najprawdopodobniej dostanie Marcin Święcicki – były prezydent Warszawy i minister handlu zagranicznego i wiceprzewodniczący demokratów.pl. Wśród kandydatów LiD-u nie zabraknie z pewnością Katarzyny Piekarskiej – autorki prawa zaostrzającego kary dla pedofilów, powszechnie uważanej za jedną z bardziej pracowitych posłanek. Na listach powinien znaleźć się też Mariusz Mycielski – założyciel ruchu oranżada.org, Ryszard Bill – walczący z dekretami Bieruta i Piotr Gadzinowski – zastępca redaktora naczelnego “NIE”.

Listę Partii Kobiet otworzy jej liderka, Manuela Gretkowska popularna pisarka.

Kandydata w Warszawie szuka na gwałt Liga Prawicy Rzeczypospolitej. Czy będzie to Roman Giertych – chyba nie – były wicepremier najprawdopodobniej wystartuje na Lubelszczyźnie. Wojciechowi Wierzejskiemu Warszawa już raz podziękowała. Marek Jurek zapowiada start do Senatu. Więc kto? Może będzie to Janusz Korwin-Mikke, jeden z najpopularniejszych polityków koalicji, ale zarazem kabareciarz polityczny.

Samoobrona w Warszawie nigdy nie osiągała dobrych wyników. Dlatego nie ma co liczyć, że w stolicy wystartuje któryś z liderów partii. Najbardziej spodziewane jest pierwsze miejsce dla któregoś z działaczy młodzieżówki. Ostatnio przebąkuje się o Piotrze Tymochowiczu – doradcy Leppera do spraw medialnych.

Racja Polskiej Lewicy może wystawić z jedynką profesor Szyszkowską, rekomendowała wszak znaną filozofkę w poprzednich wyborach na listy Polskiej Partii Pracy.

Jak będzie zobaczymy. Zapowiada się twardy pojedynek pomiędzy pierwszoplanowymi postaciami polskiej polityki. Dobre nazwisko lidera to wstęp do sukcesu całej listy, a pojedynek w Warszawie jest szczególnie prestiżowy – na nim przede wszystkim będzie koncentrować się uwaga mediów. Wyniki już 16 października.

Autor artykułu: Bogumił Kolmasiak

Student w fotelu prezesa

September 18th, 2007

Obawa przed skomplikowanymi formalnościami, wysokie koszty prowadzenia firmy oraz zwykły strach przed wzięciem na siebie dużej odpowiedzialności – tak studenci motywują niechęć do zakładania firm. Jak się okazuje, wcale tak być nie musi.

Inżynier za ladą
Nie od dziś wiadomo, że nawet znakomite przygotowanie teoretyczne podczas studiów nie zawsze wystarcza, by skądinąd ciężko zdobytą wiedzę móc wykorzystać z praktyce, nie mówiąc już o czerpaniu z tego realnych dochodów. Read the rest of this entry »

“Gwiazda Polski” – pionierska próba lotu do stratosfery

September 3rd, 2007

“Gwiazda Polski” – tak nazwano polski balon, który w 1938 r. miał pobić rekord wysokości lotu i jako pierwszy na świecie znaleźć się w warstwach sięgających stratosfery. To prawie 30 kilometrów od ziemskiego horyzontu wzwyż aż do Kosmosu…

Wieszcz Adam nawoływał ustami Gustawa-Konrada: “Mierz siły na zamiary, nie zamiar podług sił…” Naukowcy i lotnicy wychowani na romantycznych ideałach potrafili wcielać je w życie. Nie zawsze im się udawało, a nawet bardzo rzadko osiągali wymarzony cel… ale nie rezygnowali. Przypomnę historię nomen omen “Gwiazdy Polski”, która zapłonęła jednym świetlistym wybuchem na nieboskłonie Doliny Chochołowskiej w polskich Tatrach. Dla jednych, w tym krótkim błysku zgasła ostatnia iskierka nadziei na sukces. W innych to światło wciąż się tliło przez długie lata okupacji i po wojnie, aż oni sami zgaśli zapomniani przez zagonione społeczeństwo konsumpcyjne.

Non omnis moriar – nie wszystko jednak umarło wraz z ich odejściem
Na ścianie budynku przy ulicy Huculskiej na warszawskim Mokotowie rzuca się w oczy olbrzymia płaszczyzna koloru wypalonej cegły. Umieszczono na niej uczony tekst o eksploracji Kosmosu i sylwetkę Mikołaja Kopernika. Zaraz obok, nad głową astronoma z Fromborka pomyka jakaś uskrzydlona bestia. Wszystko to wyrysowane żółtą, grubą linią. Dwukolorowy fresk jest odporny na anomalie pogodowe, bo od 2004 roku nie stracił wyrazistości konturów rysunku. Widać, że dbają tu o niego lokatorzy gmachu, w którym wyprodukowano dwie metalowe gondole do polskiego balonu, który miał pobić rekord wysokości lotu.

Gdyby fizykowi Jodko-Narkiewiczowi i pilotowi Zbigniewowi Burzyńskiemu udało się w 1938 roku dotrzeć do stratosfery ich nazwiska znalazłyby się we wszystkich światowych encyklopediach lotnictwa. Intensywne przygotowania do tego wielkiego wyczynu w Dolinie Chochołowskiej obserwowały największe ówczesne autorytety naukowe w Europie. Między nimi był sam profesor August Piccard – zdobywca Pucharu Gordon Bennetta.

Kapitan pilot Zbigniew Burzyński miał sterować tym niezwykłym aerostatem. Jego olbrzymią powłokę uszyto w słynnych zakładach wytwórczych balonów wojskowych i spadochronów, które powstały w podwarszawskim Legionowie. W tamtym okresie było to niezwykłe wyzwanie.

Miłośnicy awiacji znajdą wszystkie opisy wspomnianego przedsięwzięcia w magazynach ilustrowanych z 1938 roku, współczesnych książkach, albumach, broszurach oraz na internetowych stronach Zakopanego.

Czuję się przez to zwolniony od powielania dokładnych informacji, jakie umieścili bardziej ode mnie zorientowani w zagadnieniach fizyki znawcy przedmiotu.

Mnie w tym niezwykłym przedsięwzięciu zainteresowała przede wszystkim symbolika nazwy statku powietrznego. Niezwykły też był splot wydarzeń związanych z planowanym lotem w rejony zbliżone do przestrzeni kosmicznej. “Gwiazda Polski” nie była szczęśliwa dla śmiałków.

Gwałtowna wichura zmusiła ekipę techniczną do szybkiego opróżnienia powłoki z helu a to spowodowało samozapłon gazu. Wybuchł pożar lecz gondola nie została zniszczona. To była niewątpliwie dotkliwa porażka, ale uczestnicy projektu postąpili w myśl starej pionierskiej zasady : “To, co cię nie zabije, na pewno cię wzmocni”. Byli więc uparci i nieprzejednani w dążeniu do celu.

Wkrótce po naprawieniu szkód zaplanowano następną próbę startu balonu stratosferycznego. Wybrano inną, bardziej sprzyjającą meteorologicznie lokalizację. Niestety, wybuch II wojny światowej uniemożliwił realizację tego ambitnego lotu. Wszystkie marzenia o podboju przestrzeni kosmicznej legły w gruzach.

W przyszłym roku moglibyśmy upamiętnić 70-lecie nieudanego projektu. Myślę nawet, że powinniśmy to uczynić, chociaż znam te liczne komentarze o umiłowaniu klęsk i ofiar, jakie stały się niemalże narodową specjalnością Polaków. Ktoś inny powie, ( pewnie słusznie) że to typowe dla nas, porywanie się z motyką na Słońce.

Płonąca powłoka balonu i spadająca kula gondoli, która toczy się po trawiastym dywanie Doliny Kościeliskiej… Czyż jest lepsza metafora prześladującego nas pechu i nieszczęścia, ba!… nieudacznictwa? A jednak jest w tym coś porywającego, nie waham się powiedzieć nawet, że pięknego. Przezwyciężanie ograniczeń, wyznaczanie sobie pozornie niemożliwych do realizacji celów, w tym jest pewien głęboki, chociaż bardzo trudny do racjonalnego wyjaśnienia, sens.

Czas pokazał, że póki my żyjemy, wszystko jest do osiągnięcia, tylko wymaga to niesamowitej cierpliwości i żelaznej konsekwencji. Inni polecieli w Kosmos i nie Polacy zanurzyli się na dno Rowu Mariańskiego. Nieważne. Dla nas istotny jest przede wszystkim fakt, że spróbowaliśmy zmierzyć się z wyzwaniem na miarę epoki i w owym międzywojennym czasie byliśmy w czołówce naukowych badań w tej dziedzinie.

Po latach ściana domu przy ulicy Huculskiej przypomina nam o ambicjach naukowych, które biedne państwo hojnie i ochoczo wspierało. Żadnemu z polskich polityków nawet nie przyszło na myśl wymawiać się kryzysem.

Monochromatyczny fresk zwraca uwagę dzieci i spieszących do pracy rodziców. Odbierająca z placu zabaw dziecko matka przystanie na chwilę przed pamiątkową tablicą i opowie mu czym była “Gwiazda Polski”. Odwiedzający Warszawę przechodzień zatrzyma się niekiedy przed fascynującą kompozycją malarską. Od czasu do czasu ktoś zauroczony grą kolorów i fantazyjnymi kształtami statków powietrznych zapyta o jej treść i znaczenie. Chciałoby się odpowiedzieć, że na wołowej skórze nie wypiszesz tej świetlanej historii całkowicie. Idealiści porwali się na realizację odwiecznego marzenia człowieka o podróży poza wszelkie wyobrażalne granice ludzkich możliwości. Tylko przypadek sprawił, że im się nie powiodło. A może tak po prostu miało być?

To wspaniała historia godna filmu, na pewno zaś warta przypomnienia bez czekania, aż nadejdzie okrągła rocznica nieudanego lotu do stratosfery. Na razie proszę spojrzeć, jak to wygląda na zdjęciach.

Autor artykułu: Zbigniew Kowalewski

Brak inwestycji w naukę to inwestycja w ignorancję

September 2nd, 2007

21 września w Warszawie rozpocznie się XI edycja Festiwalu Nauki. Festiwal organizowany jest przez największe warszawskie uczelnie (UW, PW, SGGW, AM), a także przez towarzystwa naukowe i literackie.

Festiwalu Nauki w Warszawie, została zapoczątkowana przez prof. Davida Shugara, fizyka i biologa molekularnego, doktora honoris causa Uniwersytetu Warszawskiego i Uniwersytetu w Gandawie, twórcę polskiej szkoły biofizyki molekularnej. Idea narodziła się w Interdyscyplinarnym Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego (ICM) UW we wrześniu 1996 roku.

Głównym założeniem Festiwalu jest szeroko rozumiana popularyzacja nauki. I cel ten zostaje osiagnięty. Festiwal przyciąga z roku na rok, coraz większe rzesze ludzi. Prócz typowych wykładów, w tym roku odbędzie się szereg pokazów i warsztatów z zakresu nauk humanistycznych
i ekonomicznych. Na własnej skórze będzie można sprawdzić jak działają systemy motywowania pracowników lub zasiąść na kozetce u dr. Freuda.

Przygotowano 502 wydarzenia festiwalowe. W planach jest m.in. Noc Badaczy – Researchers Night, podczas której będzie można poznać naukowców od bardziej prywatnej strony, dzięki spotkaniom twarzą w twarz w kawiarniach naukowych i salach wykładowych poszczególnych instytutów. Zamiast wyłącznie słuchać naukowych wywodów będzie można współtworzyć lekcje i pokazy. Podczas Nocy Badaczy przewidziano wycieczki, projekcje filmów, doświadczenia i pokazy z udziałem uczestników, a nawet nocną wizytę w banku!

Program XI Festiwalu Nauki dostępny jest na stronie Festiwalu:
www.festiwal.icm.edu.pl.

Jak co roku działać będzie Internetowa Gazeta Festiwalowa, dostarczająca informacji festiwalowych, relacji z wydarzeń i dyskusji, wywiadów z naukowcami i zdjęć.
Więcej na stronie www.igf.waw.pl.

Zapraszamy też do śledzenia informacji w gazecie internetowej Wiadomości24.pl.
To ciekawe, wbrew pozorom, nie tylko naukowe wydarzenie potrwa dziewięć dni.
Wstęp na wszystkie imprezy jest bezpłatny.

Autor artykułu: Grzegorz Miecznikowski

Szczurołapa z Hemeln proszę! Szczury w centrum Warszawy

September 1st, 2007

W centrum Warszawy mamy plagę szczurów. W rejonach zdewastowanej szkoły przy Złotej 72 szczury biegają swobodnie po trawnikach i straszą okolicznych mieszkańców.

O opuszczonej szkole gazety pisały kilkakrotnie. Najczęściej – w kontekście rozbojów, gwałtów i podpaleń, do których na jej terenie dochodziło bardzo często. Nikt nic nie może zrobić. Urząd Dzielnicy jest bezradny, policja i Sanepid także. Sprawy wzięli w swoje ręce mieszkańcy, ale to ciągle za mało. Tym bardziej, że wpadli w konflikt z właścicielem terenu – firmą Sedeco.

Szczury jak ogień

– Spokojnie wracałam do domu z zakupów – opowiada lokatorka z budynku przy Złotej 67, który stoi naprzeciwko opuszczonej szkoły – Była godzina 16. Coś zaszeleściło w trawie. Spojrzałam w tamtą stronę. Najpierw zobaczyłam małe główki i byłam zdziwiona. Wiewiórki? Wpatrywały się jednak we mnie czerwonymi ślepiami. Było ich całe stadko. Aż mnie wzięło obrzydzenie, kiedy zobaczyłam jak machają oślizgłymi ogonami – dodaje kobieta. – Mieszkam tu ponad 10 lat a jeszcze niczego takiego nie widziałam! Mam 74 lata, szczurów boję się jak ognia. To istny skandal! – lokatorka podnosi głos. Właściciele sklepów przy szkole też mają nie lada kłopot. Powtarzane co tydzień odrobaczanie i próby deratyzacji nie pomagają. Sklepy w pobliżu szkoły mogą zostać zamknięte przez Sanepid.

Odbijają piłeczkę

Urząd Dzielnicy jest bezradny i wskazuje na spółkę Sedeco, która także na plagę nic poradzić nie może i kieruje skargi do Urzędu Dzielnicy Wola. A kiedy sprawa leży spokojnie w sądowych aktach populacja szczurów rośnie wraz z plikiem skarg trafiającym do Urzędu. Wizje lokalne przeprowadzone przez IV oddział terenowy Straży Miejskiej oraz specjalistyczny zakład dezynsekcji i deratyzacji, potwierdziły zbyt dużą populację szczurów w opuszczonej szkole – odpowiada rzecznik prasowy Dzielnicy Wola, Małgorzata Brokman.

Szkoła Podstawowa nr 239 to “tysiąclatka”, została wybudowana za czasów PRL-u na rocznicę tysiąclecia istnienia państwa polskiego. Zamknięto ją pięć lat temu. Uczniów i nauczycieli przeniesiono do powiększonej i zmodernizowanej podstawówki nr 26 przy ul. Miedzianej 8. Od tego czasu na terenie opuszczonego budynku doszło do wielu pobić, rozbojów, gwałtów, pożaru i dwóch morderstw!

Z informacji udzielonych przez Małgorzatę Brokman wynika jednoznacznie, że w 2002 roku teren został przekazany firmie Sedeco. W 2005 roku, wyrokiem Sądu Grodzkiego w postępowaniu nakazowym, przedstawiciel firmy Sedeco został ukarany grzywną za brak nadzoru nad utrzymaniem porządku na terenie nieruchomości przy ul. Złotej 72. Sąd uznał, że za utrzymanie porządku na terenie tej nieruchomości odpowiada właściciel – czyli spółka Sedeco. A 16 marca 2007 roku, Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego nakazał Spółce Sedeco utrzymać obiekt w należytym stanie technicznym a także zabezpieczyć go przed dostępem osób postronnych, ze względu na zagrożenie bezpieczeństwa ludzi i mienia. 23 maja 2007 Prezydent m.st. Warszawy wydała decyzję nakazującą firmie Sedeco przeprowadzenie deratyzacji na terenie nieruchomości przy ul. Złotej 72 w terminie 5 dni od daty otrzymania decyzji. Jednak do tej pory deratyzacja się nie odbyła…

- Obecnie, jako racjonalni inwestorzy, probujemy znaleźć takie rozwiązanie dla nieruchomości przy ul Złotej 72, które uwzględniałoby interes spółki, jak i poszczególnych wspólników. Wobec tego prowadzone sa od jakiegoś czasu rozmowy pomiędzy wspólnikami. Rozmowy maja charakter poufny, w związku z tym nie możemy ujawniać szczegółów. Wyrażamy głęboką nadzieję, ze we współpracy z drugim wspólnikiem m.st. Warszawa sprawę uda się rozwiązać tak szybko jak tylko to jest możliwe. W kwestii parkingu zorganizowanego na terenie działki, uprzejmie informujemy, iż zostały podjęte odpowiednie kroki prawne w celu usunięcia nielegalnej działalności na terenie przy ul. Złotej 72. – odpowiada Monika Zawadzka w mailowym oświadczeniu, w imieniu Spółka Miedziana – wspólnika Sedeco.

Wziął sprawy w swoje ręce

Artur Tokarczyk do stolicy przyjechał z Nowego Sącza 10 lat temu. Bezrobotny sam postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. – Z plagą trzeba walczyć! – deklaruje. Skrzyknął trzech swoich kolegów. Zabrali się do ogrodzenia i oczyszczenia terenu szkoły.

– Wydaliśmy kilkaset złotych, żeby wywieźć dwieście worów śmieci: szkła, butelek, papieru, zużytych przez narkomanów igieł i strzykawek po heroinie. Mamy poparcie całego społeczeństwa, wreszcie można spokojnie przejść, a dzieci mogą bawić się na boisku, bo nie ma już tu bezdomnych i narkomanów – mówi.

Tokarczyk remontuje salę gimnastyczną w zdewastowanej szkole. Pieniądze na remont pochodzą z firmy Tokarczyka. Ponad miesiąc temu zaczął pobierać opłaty od nielegalnie parkujących na terenie szkoły kierowców – 1,5 zł za godzinę. Codziennie parkuje tam około 40-50 samochodów. Można więc wyliczyć, że firma może przynosić ponad 20 tys. zł dochodu miesięcznie; sam Tokarczyk nie przyznaje się do tego ile zarabia. Twierdzi jednak, że to kwota odpowiednia za prowadzenie parkingu i doprowadzenie szkoły do porządku. Parking działa bez umowy o dzierżawę, więc spółka Sedeco, w każdej chwili na teren może wkroczyć.

– Ze szczurami jednak nic nie zrobię – dodaje Tokarczyk. – Nie mam pieniędzy na odszczurzanie, a gmina do pomocy chętna nie jest. Szczury biorą się z syfu i brudu! A tu taki był – dodaje.
– Jest gorzej niż na Pradze! A to przecież ścisłe centrum. Wszystko to jest śmiechu warte! – mówi Małgorzata Sitek, pracownica piekarni „Dragan”.

Autor artykułu: Grzegorz Miecznikowski